Przepisy
Agaty

Bari czyli co i gdzie zjeść, żeby było pysznie!
Kuchnie świata, Podróże
Opis

Gdy planujemy rodzinny wyjazd, rzadko jest to z góry określony kierunek. Częściej siadam z kalendarzem w ręku i szukam pasujących lotów. Takim sposobem trafilismy do Bari, włoskiego miasta w uroczym rejonie Apulia.

Wróciłam absolutnie zakochana- atmosferą, klimatem, jedzeniem i widokami. Chcę tam wrócić! Na pewno!

Jeśli Włochy kojarzą się Wam głównie z makaronem, Bari jest wspaniałym miejscem, by doświadczyć pysznych potraw z „pastą” w roli głównej. Przekonacie się, że na każdej wręcz uliczce starego miasta spotkać można panie siedzące przed otwartymi kuchennymi drzwiami, lepiące idealne „uszka” czyli makaron orchiette. Kupicie go od nich na miejscu, w każdej wielkości od uszek wielkości rodzynki po wielkie sztuki niczym pół mojej dłoni.

Zwykle wokół pań, jakie spotkałam w trakcie ich pracy, nie było ruchu, gdy jednak przyjechała wycieczka z Japonii, sytuacja diametralnie się zmieniła ;)

I tak, ten domowy wyrób makaronu na pewno jest atrakcją turystyczną, ale to też zajęcie każdej szanującej się mammy, która musi przecież wykarmić całą, głodną, włoską rodzinę!

W Bari będziecie mieć szansę zjeść też doskonale owoce morza i to tak świeże, jak to tylko możliwe! W centrum miasta, na molo (Molo San Nicola) codziennie kupić możecie od rybaków ich połowy. Co więcej, wielu z nich przygotowane ma od razu jednorazowe talerze, cząstki cytryny i w takim na prędce zaaranżowanym barze zjeść możecie kalmary, krewetki, jeżowce (oczywiście surowe). Lepszych nigdzie nie znajdziecie!

Przy molo czasami rozkładają się też stragany z warzywami, szczególnie tymi sezonowymi. I w mieście znajdziecie jednak wiele punktów, w jakich dostaniecie świeżą rukolę, POMIDORY,  koper włoski czy nieziemsko (!) aromatyczne cytryny.

Co więcej, targ zwieńcza bar (El Chringuito), zawsze pełen ludzi, naprawdę gwarny. Chłodne piwo w dłoni i idealnie uzupełnia sielankowy odpoczynek nad brzegiem morza.

To nie była pierwsza moja wizyta we Włoszech, muszę jednak przyznać, że nigdy jeszcze nie zjadłam tam tylu pysznych wypieków! Szczęśliwym trafem obok miejsca, w którym mieszkaliśmy, była cudna piekarnia- Święta Rita (Panificio Santa Rita).

Przybytek otwarty od 6 rano do 21, w klasyczną przerwą na siestę. Niech chowają się wszystkie pizzę świata! Focaccia tam sprzedawana to ósmy cud świata! Blanca lub zapieczona z kilkoma pomidorkami i oliwkami. Ciepła, prosto z pieca, ociekająca oliwą. Piekarz przetnie Wam duży krążek na pół, zawinie w kawałek papieru i wręczy do zjedzenia „w locie”. Nie poprzestaniecie na jednej porcji, mogę się założyć!

Focaccia sprzedawana jest też w małych porcjach, niczym nasze poczciwe drożdżówki, tyko w wytrawnej wersji. Taka przekąska kosztuje obłędne 50 centów i zdecydowanie warta jest grzechu!

Pamiętajcie jednak, że (szczególnie zaraz po popołudniowym otwarciu) zdarzają się kolejki. Trzeba wziąć wtedy papierowy numerek z maszyny przy wejściu do sklepu i grzecznie czekać na swoją kolej. Taryfę ulgową mają tylko sąsiedzi, którzy podchodzą wprost do sprzedawcy i kupują drożdżowe cuda „od ręki”. Kolejny plus z bycia Włochem ;)

Późnym wieczorem po Bari unosi się zapach rozgrzanego oleju. Zaczyna się pora na przekąski, więc w wielki miejscach wokół Starówki znajdziecie panie, które w wielkich (wręcz przemysłowych) patelniach ciążą pojętą w nieduże kwadraty polentę. To ugotowaną na bardzo gęsto, mająca postać sztywnych bloków kaszka kukurydziana. Pokrojoną w mniejsze porcje, usmażona na chrupki, posypaną odrobiną soli morskiej jest cudownym dodatkiem do kieliszka wina.

Możecie też wybrać coś na nieco większy głód. Mówię tu o panzerotti. Panzerottio kieszonki, bądź też pierogi z drożdżowego ciasta, smażone w głębokim tłuszczu. Warto odczekać do wieczornego otwarcia punktów, która je serwują, bo są naprawdę pyszne! W środku mozzarellą, ricotta, szynka, salami. Do wyboru, do koloru! Jedyny minus jest taki, że trzeba odczekać kilka minut między kupnem, jedzeniem. Wyjęte prosto z oleju są diabelskie gorące , a ser w ich środku ma temperaturę wrzącej lawy. (najlepsze w Cibo’ ).

Na dobra kolację polecam La Tana Del Polpo – oprócz dań z karty spróbować możecie też tego, co akurat szef kuchni przygotowała na dany dzień- mówię tu głównie o wyborze ryb i owoców morza, jakie akurat danego dnia dostępne są w restauracji. Kelnerzy zaprezentują Wam, co jest dostępne. Nie wybieracie jednak w ciemno, zostaniecie poinformowani w jakiej postaci najlepiej daną rybę zamówić i jaka będzie cena tak przygotowanego, specjalnie dla Was dania. Warto tu jednak zarezerwować stolik, bo kolejka przed lokalem może zniechęcić najgłodniejszego nawet turystę (A, jeszcze jedno! Ich lody cytrynowe to Mistrzostwo Świata!!!).

Na koniec jeszcze kwestia formalna. Na miejscu mieszkaliśmy w świetnym i doskonale położonym pokoju, położonym w samym środku Starego Miasta (Arco Della Neve Guest House). Oczywiście, mieszkając w centrum musicie liczyć się z pewnym nocnym, weekendowym hałasem, ale to raczej melodyjne włoskie rozmowy i śmiech niż klubowa rąbanka, do tego to problem raczej weekendowy. Wielkim plusem był fakt, że pieszo można dojść na dworzec kolejowy (stamtąd pociąg na lotnisko- jedzie koło 20 minut). Najbardziej ucieszyła nas jednak knajpka na naszej małej uliczce, dzięki czemu pizza była zawsze w zasięgu ręki! :) A! I jeszcze jedno! Nasze mieszkanko miało taras na dachu, idealna miejscówka na wieczorny odpoczynek po całym dniu spacerów!

Powyżej nasz balkon i widok: w lewo i prawo :)