Przepisy
Agaty

Siedzenie i jedzenie czyli o festynach, jedzeniu i sanepidzie
Podróże
Opis

Wczoraj był pierwszy października, wakacje skończyły się więc nawet dla studentów. Znak, że jesień za progiem, wiatr za oknem i ochota na bigos jakoś coraz większa…

Kiedy wspominam letnie słońce i zagraniczne (podkreślam to, bo o ‚Niepolsce’ chcę napisać) wyprawy, nachodzi mnie kilka powtarzających się refleksji. Nie będę pisać o uśmiechu jaki na co dzień gości na twarzach Włochów, jakimś wewnętrznym spokoju, jakiego Polakom brak (bo kryzys, polityka, bura jesień), ale o cudownej tradycji spędzania wspólnie wolnego czasu.

Jak bardzo chciałabym przechodzić co rano koło zatłoczonej piekarni, przed którą na 4 dosłownie krzesełkach siedzą ludzie leniwie sądząc poranną kawę. Marzę o mijaniu zatłoczonych kawiarnianych ogródków, o uderzającym w twarz aromacie bułeczek i gwarze wypełniającym bistro.

Ale jeszcze bardziej brakuje mi zwykłego jednoczenia się. Na lokalnym targu, festynie, święcie ulicy, osiedlowym placu.

Z największą sympatią wspominam siedzenie przy wspólnych ławach przy niemieckim piwie albo jedzenie ciepłej porcji quiche na francuskiej prowincji. Nie ma znaczenia, że wieczór chłodny. Ubieramy kurtki i razem z sąsiadami siadamy przy kilku stolikach. Są plotki, trochę domowego wina i cudowna atmosfera relaksu i wspólnoty.

A potem wracam. Od razu czytam o nalocie skarbówki na festyn koła gospodyń wiejskich spod Kalisza, które sprzedając faszerowane pomidorki nie wystawiały rachunków, dzwonię do Sanepidu i słyszę zdziwiony głos w słuchawce „Ale jak to?! Chce Pani upiec ciastka i potem rozdać je na festynie?? Tak się nie da! Przepisy nie pozwalają!”

A u innych jakoś się da. Urzędy nie wlepiają na prawo i lewo mandatów za sprzedaż przed domem buteleczek śliwowicy, gospodyni może na parafialnej imprezie zaoferować swoje ciasto, a dzieci napić się lemoniady przygotowanej w kuchni, która nie „spełnia wymogów bhp”, przynajmniej tych określonych w tonach ustaw i rozporządzeń.

Życie składa się z małych przyjemności, których wielu dzięki urzędniczym zakazom jesteśmy pozbawiani. Nie nakłaniam tu do działania wbrew prawu, ale forsowaniu takich zmian, byśmy mogli normalnie funkcjonować. Nie skazujmy się na kulinarną partyzantkę, gdy chcemy spędzić  nad miską nielegalnie kupionego od miłej gospodyni bigosu . Bo i my możemy być trochę bardziej uśmiechnięci, rozmowni i szczęśliwsi siedząc przy wspólnym stole, nad porcją drożdżowego, popijając nalewką z butelek bez akcyzy.